Przeskocz do treści

Rozwód – życiowa porażka, ale nie koniec świata

Żywa, niezniszczalna prawda na temat rzeczywistości - Ty planujesz, Bóg się z Ciebie śmieje. Moja babcia  zawsze mi mówiła, że

 

 

życie ma swoje własne scenariusze, i nie istotne jest to, jaki Ty sobie w głowie napiszesz. Bo plany planami, a życie jest życiem.

Od lat mam jej słowa w myślach. Przypominam sobie o nich w chwilach życiowych turbulencji, rewolucji, zmian mniejszych i większych. Takich, na które miałam wpływ, ale szczególnie w tych, na które wpływu nie miałam.

Zdałam też sobie sprawę z tego, że człowiek pod względem wytrzymałości i woli przetrwania, bardzo podobny jest do kleszcza (chciałam tu wstawić mały obrazek tego stworzonka, ale przyprawiło mnie to o mdłości  ). Bo kleszcz naprawdę wiele wytrzyma i przystosuje się do aktualnie panujących warunków przez długi czas.

Ale najpierw trochę statystyki.

Powództwo o rozwód znacznie częściej wnosi żona – w ponad dwóch trzecich przypadków to ona idzie z pismem do sądu.
Wzrost aktywności rozwodowej kobiet to z jednej strony skutek umocnienia ich pozycji w społeczeństwie, a z drugiej brak potępienia społecznego tych, które zdecydowały się na opuszczenie męża.
– Dziś kobiety pracują i choć zarabiają mniej niż mężczyźni, to są to zwykle pieniądze, które pozwalają im na samodzielność. Uniezależnione finansowo od swoich mężów mogą ich porzucić, gdy ci traktują je źle lub przestają spełniać ich oczekiwania – tłumaczy prof. Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
- Rzeczpospolita

I jeszcze jeden super-wywód Pana profesora:

Czy ja dobrze wnioskuję, że Pan profesor uważa, iż ludzie nie mają prawa szukać szczęścia, a kobiety i ich "przekonania" doprowadzają do rozpadu związków? Podobno zdrady i alkoholizm są o 75% rzadszą przyczyną rozwodu, a niźli babskie "przekonania" i "chęć szukania szczęścia"!
Takie jesteśmy! A co!
Ręce opadają.

Kolejna przyczyna to nasza babska niezależność finansowa i uwaga! - 500+!
No to się dopiero babom we łbach pomieszało od tych pinendzy! Alimenta dostno, 500+ dostano i bogactwo, kurna chata, w dupach im przewraca!

Dosyć tych statystyk, bo wytrzymać nie mogę.

Od kilku miesięcy jestem rozwódką. I bynajmniej z chęci czy już zaistnienia bogactwa w moim życiu!

Mimo, że decyzja o konieczności zakończenia mojego małżeństwa wyszła ode mnie i z mojej inicjatywy (czyli statystycznie), to możecie mi wierzyć lub nie, NIGDY wcześniej, w najśmielszych i najgorszych snach, nie przypuszczałam, że kiedykolwiek rozstanę się z byłym już dzisiaj mężem. On chyba też tego (mimo wszystko) nie przewidywał.

Jeszcze rok temu, gdyby ktoś mi powiedział, że lada dzień przyjdzie mi podjąć najtrudniejszą, jak dotąd, w życiu decyzję, wyśmiałabym tę osobę gromkim, gardłowym HA!HA!

Nie wiem, czy do tej decyzji dojrzałam nagle, czy może dojrzewałam do niej dłuższy czas, podświadomie. Wiem tylko, że była to jedyna właściwa, rozsądna decyzja, podjęta po to, aby móc pogodzić się z sobą samą.
Móc sobie samej (nie jemu, nie innym) wybaczyć miliard popełnionych błędów.
Móc zacząć wszystko od nowa.

Nie będę opowiadać o tym, co doprowadziło do tego jak by nie patrzeć, drastycznego posunięcia. Musiałabym wywlekać wiele brudu i szlamu, które nie są tak naprawdę ani interesujące ani właściwe do opowiadania.
Jesteśmy dwojgiem dorosłych, poranionych nawzajem ludzi, takich, jakich w dzisiejszym świecie miliony. Wszyscy mają swoją historię, wiele jest podobnych. Jednak tak naprawdę każda jest bardzo  indywidualna i OSOBISTA. I niech taką pozostanie.


PO BABSKU... 

Zaczynanie wszystkiego od nowa wcale nie jest takie proste. Mimo 500+! Kiedy ma się dzieci, zobowiązania finansowe, lęki przed samotnością, strach przed tym, że samotnej kobiecie dość ciężko jest poradzić sobie w pędzącym jak pendolino świecie.

To wcale nie jest tak, że za rogiem ustawia się kolejka książąt na białych koniach, chętnych w swym szlachectwie świadczyć pomoc i podawać silną, męską dłoń w potrzebie, albo zbudować dla ciebie od razu Tadż Mahal. Niestety nie.

Rozwód, w mojej bajce "o zaczynaniu wszystkiego od początku", zapoczątkował lawinę wydarzeń, których,  jak mi się wydawało po wcześniejszej, wnikliwej kalkulacji, nie byłam w stanie przewidzieć i uwzględnić. Zaskoczyło mnie wiele sytuacji, które mnie osłabiły i wywoływały strach, lęk, zniechęcenie, chęć poddania się.
I TO drążące mój mózg, jak woda skałę, pytanie - czy dam sobie radę?? - Dam. Muszę.


PO MĘSKU...(?)   

Zakładałam, iż mając do czynienia z mężczyzną zranionym, którego męskie ego zostało urażone, duma i honor narażone na uszczerbek, a który również sam najcięższe z grzechów popełnił - że się po prostu wyprowadzi i da sobie i wszystkim żyć. Niestety. To ja przez rok mieszkałam na walizce.


Chcąc ograniczyć do absolutnego minimum przedrozwodowy kontakt z mężem, musiałam wyprowadzać się na weekendy, kiedy on wracał do (nieskromnie napomnę, że mojego!) "wspólnego" domu,  kiedy wyjeżdżał - wracać do dzieci i być z nimi.
Nie chciałam wyprowadzać z domu dzieci. To osłabiło by ich nadszarpniętą stabilizację i poczucie bezpieczeństwa.
Dodam tylko, że nie mam już małych dzieci. Nasze córki mają 17 (za chwilę 18) i 13 lat. Są w pełni świadome sytuacji i mało podatne na manipulacje.
Mimo, że dzieci nie były zaskoczone naszym rozstaniem, wręcz uznały, że może tak będzie lepiej,  to uznałam, że konieczność ich wyprowadzki z domu bardzo źle na nie wpłynie.
Ja usuwając się na czas obecności byłego w domu, unikałam kontaktu z nim, nie prowokowałam tym samym awantur w obecności dzieci i dyskusji zbędnych dla ich uszu. Nie narażałam również siebie na... z resztą, to już nie istotne.


Przebywanie kilka razy w tygodniu w różnych miejscach dramatycznie wpłynęło na mój stan zdrowia, fizycznego i psychicznego. Często budziłam się i przez dobrą chwilę musiałam się zastanawiać gdzie jestem, mieszało mi się to.
W domu?
U mamy?
W wynajmowanym chwilowo mieszkaniu?
Nie miałam siły na nic.
W pracy starałam się koncentrować na wyznaczonych zadaniach, ale ich wykonywanie wymagało coraz większej ilości czasu na ich wypełnienie.
W domu nie mogłam robić nic. Czułam, że jestem sprzątaczką dla byłego, który przyjedzie w weekend i będzie korzystał z mojej "od poniedziałkowo do piątkowo" wykonywanej pracy, posprzątanych pomieszczeń, wypranej pościeli, zostawi po sobie mokre ręczniki i swoje brudy (jak przez 17 lat). Który jednocześnie, z dniem złożenia przeze mnie papierów do sądu, przestał kompletnie partycypować w kosztach utrzymania "domowego hotelu", w którym zostawiał jedynie bajzel (jak przez 17 lat).

Wróg podjął szereg represyjnych akcji w celu pacyfikacji buntu...


Z kolei w miejscu, gdzie przebywałam przez weekendy nie mogłam się odnaleźć. Czułam się obco, często płakałam, mój stan zdrowia pogarszał się. Otaczający mnie bliscy ludzie nie potrafili mi pomóc, chociaż robili co mogli, żeby mi ulżyć i ograniczyć do minimum konieczność wykonywania chociażby domowych obowiązków, z którymi normalnie przecież sobie radziłam.


ŚWIĘTA... ŚWIĘTA... 

Radośnie, podniośle i śpiewająco nie było... oj nie!
Koszmar Świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy był czasem mojego bliskiego załamania się. Jedne i drugie święta spędziłam poza domem, dziećmi się dzieliliśmy.
Nie mogłam sobie poradzić z tym, że nie jestem we własnym domu, nie gotuję we własnych garnkach, nie jem z własnego talerza, nie śpię w swoim łóżku.
Większość czasu przepłakałam. Czułam skrajne wyczerpanie psychiczne i emocjonalne.
Ani ja sama, ani bliscy nie dawali sobie ze mną rady.
Podana mi w międzyczasie pomocna, męska dłoń  mimo że silna, też momentami słabła pod ciężarem mojego stanu. Dobrze, że wytrzymała 🙂


ZA MAŁO? NO TO KOLEJNY KOP...  

Chwilę po tym jak nastąpiła ostateczna rozgrywka kończąca moje małżeństwo i formalne załatwienie wszystkich, bardzo trudnych spraw z tym związanych, kiedy kompletnie osłabiona wydarzeniami wielu miesięcy, sądziłam, że przyjdzie upragniona i długo wyczekiwana stabilizacja i odpoczynek, dostałam kolejnego mega kopa od życia.
Niestety, moje życie prywatne okazało się być bardzo ciekawą rozrywką dla ludzi.
Mało tego, że było obgadywane za moimi plecami przez otaczających mnie "przyjaciół" i "znajomych" i "znajomych znajomych", to jeszcze dodano do tych opowieści tyle "przypraw" i "dodatków", że dosłownie nie mogłam w to uwierzyć.
W samym środku kompletnej destabilizacji postanowiłam (albo musiałam) zmienić środowisko codziennego użytku, w tym pracę.
Dzisiaj nie wiem, czy aby na pewno była to moja decyzja, czy spowodowano żebym taką podjęła. Próby wyjaśniania "kto, co, komu, z kim, dlaczego" dawały rezultaty odmienne od założonych. Poddałam się.
Oskarżenia o czyny niepopełnione i kompletna utrata zaufania do otaczających mnie ludzi, ciągle grzebiących w moich prywatnych garach,  stały się nie do wytrzymania.
Może komuś nie podobało się, że przetrwałam? że się nie poddałam? że nie przegrałam? że utrzymałam się w czasie sztormu na powierzchni i nie utonęłam?
Z pewnością lepiej by się niektórym na mnie patrzyło, zalaną łzami, nieszczęśliwą, podupadłą finansowo i społecznie.
A ja "okrutna, zła i podła" nikomu nie dałam tej satysfakcji. Nikt nie widział moich łez, ja się ciągle uśmiechałam. I mówiłam, że jest lepiej niż dobrze. Niewiarygodne jak prawdopodobnie to, że moja tratwa nadal była i jest na powierzchni i płynie, zepsuło paru ludziom wątroby.
Najgorsze poczucie niesprawiedliwości dopadało mnie, kiedy nazywano mnie, na poczet podjętej życiowej zmiany, największą suką, jaką świat widział.
To ja byłam ta zła, ba! ta najgorsza!
Ale nikt nie zastanawiał się nad tym, jak żyłam w swoich czterech ścianach.
Nikt oprócz najbliższych - oni nie byli zdziwieni, ani zaskoczeni, nawet dzieci.
Nikt nie zapytał dlaczego. Bo nikogo nie obchodziło, co było wcześniej.
Któregoś dnia nawet usłyszałam od wspólnej znajomej:

no wiesz, wszyscy myślą, że tobie coś odbiło. Bo on taki spokojny i wszyscy go lubią...

Tak, odbiło mi. Jak łatwo oceniać, prawda?
Tym wszystkim polecam obowiązkowo lekturę "Za zamkniętymi drzwiami" o wspaniałym mecenasie, obrońcy ofiar przemocy.
Moje życie zaczęło wszystkich obchodzić dopiero po tym, jak wyszłam z walizką z domu. Wtedy powinnam być biedna, nieszczęśliwa. A skoro nikt nie widział moich łez - to znaczyło, że to moja wina!
Ludzie...
Tak czy siak nie żałuję decyzji.
Wszystkim "informatorom z Koziej Wólki", "donosicielom - Jarząbkom, śpiewającym do szafy", słabym jak bateryjka w chińskim zegarku miernotom, myślącym, że rzyganiem wybiórczą prawdą lub  kłamstwami na czyjś temat podnoszą sobie swoją wartość, wymyślaczom, zmyślaczom i tym podobnym - do których karma wróci, a którzy z mojego rozwodu urządzili sobie zabawę - dziękuję. Nie zabiło mnie to. Nie wzmocniło również. Podniosę się ... i stanę z daleka od was.
Taki jest gatunek homo sapiens.

Teraz wiele rzeczy spadło mi z głowy i z serca.
Atmosfera jest czysta, niezatruta.
Ostatecznie - jeśli zaczynać od nowa - to wszystko.

To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe.
(2 Kor 5,17)


TE TRZY... 

Wiara w to, że po tym wszystkim dopłynę na tej poturbowanej, zbudowanej z zaledwie kilku desek tratwie, do swojej wyspy, gdzie nastąpi spokój, stabilizacja, gdzie dojdę do zdrowia, gdzie odzyskam zaufanie do ludzi, trzyma mnie przy nadziei.

Tak więc trwają Wiara, Nadzieja, Miłość - te trzy: z nich zaś największa jest Miłość.

 

fot. Internet

Teraz znowu uczę się kochać. A co ważniejsze jestem kochana. Naprawdę kochana. Mimo wad i miliona przeszkód. Nikt nie mówi do mnie paskudnych słów, a ja nie muszę sama sobie udowadniać, że jest inaczej. Dostałam niezły gift od życia. Każdy może go dostać, bo każdy na niego zasługuje.
Teraz mnie ta miłość cieszy.
Teraz chcę się nią dzielić.
Teraz chcę się nią leczyć i przede wszystkim widzieć jej każdy, najdrobniejszy przejaw w codziennym życiu.
Teraz w końcu chcę.
Teraz odzyskuję poczucie własnej wartości.

Chcę tę miłość dzielić z dziećmi, partnerem, rodziną. Tak, jak nigdy przedtem.


ZA WSZYSTKO SIĘ PŁACI... 

W ciągu ostatnich trzech lat przeszłam trzy ciężkie operacje ratujące moją rękę po wypadku.
Dodatkowo po roku własnej wojny światów (czyt. rozwód), jestem człowiekiem o całkowicie zdewastowanym zdrowiu. Fizycznym i psychicznym.
Zszargany od ilości przyjmowanych leków żołądek, coraz częściej odzywają stare schorzenia, do tego doszły nerwobóle, zapalenie nerwów twarzy, zaburzenia snu, zajadanie stresu ... i tak mogłabym w nieskończoność. Dużo tego.
Od jakiegoś czasu żyję w permanentnym bólu, który staram się leczyć. Konieczność przyjmowania bardzo silnych leków  (na większość z powyższych i kilka dodatkowych zjawisk, o których nawet nie będę wspominać) dobija mnie.
Nie mam pojęcia, od czego zacząć rekonwalescencję i próbę ratowania swojego zdrowia. Nie ratowania. Próbę, choćby częściowego, odzyskania go.

Nie, to nie jest moja domowa apteczka! Tamta zajmuje wielką półkę, w wielkiej szafie.
To jedynie to, czego każdego dnia nie mogę zapomnieć przyjąć 😀

 


THE END... 

Przetrwałam - jak kleszcz - w letargu, ograniczając do minimum procesy życiowe.

Kleszcze dzięki budowie swego ciała i zachowaniu potrafią doskonale przystosować się do środowiska.

Nooo, budowę to ja mam! Gdyby tak z głodu przyszło mi umierać, to pewnie jak i one - 10 lat! 
Co do zachowania - nie wiem jak to skomentować. Najlepiej wcale. W ulotce jednego z leków stoi, że  podaje się to m.in. w psychozie depresyjno-maniakalnej.
A czy ja wiem na co mnie tak naprawdę leczą? Nie wiem. I może lepiej nie wiedzieć. 

Byle by mnie nie wyleczyli z mojego osobistego wariactwa i szaleństwa. Bo te akurat sobie cenię.
Z całą resztą sobie poradzę!
Wiosła w dłoń, uśmiech na twarz, miłość pod pachę i do przodu!
Bo źle i gorzej już było. Teraz może być tylko lepiej.

Wiedźma.

PS.

Wpis długo ewoluował. Był wielokrotnie zmieniany. Było w nim pierwotnie mnóstwo złości, która z czasem zelżała. To jest 38 wersja niech już taką pozostanie 🙂
Traktuję go jako osobiste rozliczenie się i zakończenie strasznie ciężkiego, na szczęście już zamkniętego tematu.
Żadne rozstanie nie jest lekkie i każde bardzo osobiste. Mimo to warto się dzielić swoimi doświadczeniami. Po to, żeby w trudnych chwilach, chwilach zwątpienia można było czerpać energię do tego aby się nigdy nie poddawać.

Teraz - z perspektywy czasu uważam, że nasze rozstanie wszystkim wyszło na dobre.

Ja ciężko pracuję, staram się jak mogę dbać o dzieci i ich spokój. Układam też swoje życie osobiste.

Były mąż wstał z kanapy, pretenduje do tytułu Ojca Roku, gdzie wcześniej nie miał głębszych relacji z dziećmi (potwierdzenie - opinia kuratora sądowego i przebieg sprawy rozwodowej). Otworzyły mu się oczy na to, że stracił kupę lat. Krążą plotki, że buduje dom i będzie sadził drzewa 🙂 Chrystianizuje się, co czasem bardziej przypomina pranie mu mózgu przez osoby, które rzekomo chcą dla niego dobrze, no ale cóż, jak się nie ma własnego zdania, to się cudze bierze jak swoje. Doznał "absolutnego nawrócenia", przez co czuje się z automatu rozgrzeszony ze wszystkich popełnionych błędów i ojcowskich i mężowskich. Mam nadzieję, że mimo wszystko będzie mu w życiu jeszcze dobrze. Życzę mu tego z całego serca.
Dla naszych dziewczyn - bo dzieci są szczęśliwe wtedy, kiedy rodzice są szczęśliwi. Ale to już osobny temat.

3 thoughts on “Rozwód – życiowa porażka, ale nie koniec świata

  1. Beata Herbata

    Ja ma wrażenie, że mało kto ze znajomych rozumie powagę sytuacji co się dzieje. O mnie do dziś pieprzą, że wymyślam, że mój mąż taki biedny i poszkodowany itp. tylko oczywiście znają najbardziej jego stronę bo ja o swojej nie opowiadam i nie wybielam się. Oceniają, wydają sądy i opnie, a w dupie mają co się tak naprawdę przeżywam ja. Zostaje kilka przyjaciółek i chwała Panu i wszystkim duchom, że są one. Niestety doskonale Cię rozumiem i mogę uczciwie przyznać, że po 17-stu latach szczęśliwego, pięknego małżeństwa nie spodziewałabym się nigdy, że będę taka bliska odejścia od niego. Ale czasami coś się po prostu kończy i nie idzie dalej żyć wspólnie, nie każdy ma taki charakter, że przetrwa wszystko byle mieć chłopa, a i uważam, że dla dzieci lepiej czasem się rozstać niż tkwić w jakiejś jałowej, pozbawionej uczuć relacji. Oj, to cholernie trudne na początku zmierzyć się z tym, że czegoś już praktycznie nie ma, że jest się samą, że nikt już nie kocha, a faceci to beznadziejne dupki (przepraszam ale aktualnie takie mam o nich zdanie i co jakiegoś poznaję to większy palant). Dlatego osobiście postawiłam na rozwój i karierę własną, a co będzie dalej to zobaczę i podejmę decyzję zgodnie ze swoimi uczuciami. Nie wiem czy to dobrze czy źle, w mojej rodzinie nigdy kobiety nie podkładały się facetom, nigdy nie zostawały z nimi dla pieniędzy choć mogły ani dla innych czynników. Zawsze walczyły o siebie i swoją godność. Ściskam mocno i pozdrawiam ciepło 🙂 Ps. zapraszam w wolnej chwili tez do siebie na herbatkę 😉 gorzką nieco ale gorącą 🙂

    Odpowiedz
  2. Madka roku

    Bardzo serdecznie współczuję tych ciężkich przeżyć. Podziwiam siłę, aby iść za wewnetrznym głosem, podjąć tak trudną decyzję i ją konsekwentnie realizować. Mam nadzieję, że z czasem wszystko stanie się prostsze. Wpis jest wstrząsający, bardzo, bardzo szczery i autentyczny.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *