JAK TO JEST Z TĄ PSYCHOLOGIĄ?

Odnoszę wrażenie, ze kiedyś żyło się jakoś lepiej, bez tak powszechnego dostępu do szeroko pojętej wiedzy psychologicznej, psychoanalitycznej itp. Może nie lżej, nie łatwiej, ale lepiej.

Dzisiaj codziennie jesteśmy bombardowani wiedzą z tej dzienny. Rozbieramy siebie, naszych partnerów, dzieci, rodziców przyjaciół, znajomych współpracowników – na czynniki pierwsze.

Wrzucamy wszystkich, włącznie z nami samymi na bęben analizatorów, testów, sprawdzaczy  i określaczy.

Czytamy setki poradników psychologicznych, książek, mądrości w Internecie. Pod niemal każdy temat, z każdego czasopisma możemy podstawić dowolną osobę i wałkować swoje i innych zachowanie, myślenie w kółko i w kółko.

Powiem szczerze, że zaczyna mnie od tego boleć głowa.

Mamy nakaz nieustannego samorozwoju, analizowania własnych emocji i tresowania ich. A ja jestem już tym nieco i zmęczona i przytłoczona.

O ile wiedza o tym jakie są te nasze emocje, skąd się biorą w otaczających nas ludziach jest bardzo ważnym narzędziem, bo pozwala nam na lepsze zrozumienie i relacje z nami samymi i z otoczeniem, o tyle natłok wszechobecnego badania naszych wnętrz i osobowości w każdy możliwy sposób i w każdej sytuacji wydaje mi się stawać odczłowieczające.

Zaczyna brakować miejsca na zwykłe, ludzkie błędy. Rodzicielskie, nastoletnie, zawodowe. Bo jak to możliwe, żeby z taką wiedzą jaką posiadamy, do jakiej mamy dostęp, nadal je popełniamy?!

Gdyby moja matka analizowała mnie i moje nastoletnie zachowania, tak jak dzisiaj czynię to ja swoim dzieciom, analizując przy tym bezustannie siebie, śmiem twierdzić, że wykończyłaby nas obie.

Może i umiem inaczej rozmawiać dzisiaj ze sobą, z mężem, ze swoimi dziećmi.
Tak, ta wiedza daje mi dużo i jestem za nią wdzięczna.

Ale chcę zachować prawo do błędów. I móc to prawo do nich  rozumieć u innych.
Żadne analizy nie naprawią niczyjej przeszłości.
Czasami wyciągnięte wnioski i nauka na popełnionych błędach jest lepsza niż „tony papierów i setki analiz, tysiące myśli i tłumy na sali”. Zrozumieć, nie zapomnieć ale nie analizować i się za tym nie oglądać.
Iść dalej.
I na tym proponuję skupić nasze przytłoczone głowy.